Uczniowie piszą



   Nadeszło „jutro”, jak mawiał uwielbiany przez Andrusa Gimnazjowskiego dziadek. Mimo to, jak co rano, Andrus nie miał ochoty wstawać. Przypomniał sobie jednak, że umówił się z Andronem Mianownikiem, najlepszym kumplem i towarzyszem psikusów w galaktycznej szkole zwanej dumnie, przez starsze generacje, Gimnazjonem. Nazwa ta nie funkcjonowała jednak w powszechnym obiegu kompanów zabaw młodego adepta nauki, zwano ją potocznie Mega Budą.

  Zza drzwi dobiegał nieznoszący sprzeciwu głos dziadka:
- Wstawaj Andrus, czas teleportować się do szkoły! Pastylki śniadaniowe są w zielonym słoiku. Nie pomyl go z czerwonym – to deser.

Wpis Klasy IIc:
   Andrus otworzył oczy, włączył w soczewkach organizer i sprawdził plan dnia. Jak zawsze, przerwy między zajęciami w szkole wypełnione były do ostatniej nanosekundy czynnościami ogromnej wagi. Reszta to jedynie zbędny balastr konieczny do zaliczenia, były jednak zajęcia posiadające status dość ważnych, ale o tym potem.

  Poranna toaleta i śniadanie, zgodnie z codziennym rytuałem, nie zajęły zbyt wiele czasu naszemu bohaterowi. Garść pastylek deserowych od zawsze przesypywała się we wszystkich kieszeniach ubrań naszego psotnika. W drodze do Mega Budy zjadł wszystkie, jakie znalazł w wewnętrznej kieszeni bluzy teleportacyjnej. Pojawiwszy się w szkolnej szatni, spotkał pogrążonego w obliczeniach Androna, przygotowującego od zawsze zestaw zadań niemożliwych do rozwiązania, dla psora Cyfrowca. Obok niego ze zwichrzoną czupryną siedział Czesiox Średnik, autor najbardziej spektakularnych żartów  i ucieleśnienie bólu głowy każdego nauczyciela. Przyjaciele uknuli chytry plan wykręcenia numeru nauczycielowi od języka marsjańskiego.  Kawał polegał na wrzuceniu Pikaczu, czyli drapieżnego kota zamieszkującego sąsiednią galaktykę, do torebuxa psora Gramatusa, śmiejąc się złowieszczo teleportowali się na lekcję matematyki. Pikaczu był niewielkim zwierzątkiem wielkości MP12, niezwykle energicznym, będącym w ciągłym ruchu.


Wpis Klasy Ib:

   Psor Gramatus, jak miał w zwyczaju, westchnął znacząco, sięgając po Wordtekstony uczniów. Nagle, na jego twarzy pojawił się dziwny grymas i zdumienie przybrało postać zdenerwowania. Energicznie, jak przy oparzeniu, wyciągną dłoń z torebuxa, odskakując w dziwnym pląsie od czarnej teczki. Wywołało to ożywienie wśród uczniów. Psor ponownie sięgnął do wnętrza torebuxa, próbując wyciągnąć prace podopiecznych, co rozzłościło zwierzaka jeszcze bardziej.
Torebux zaczął podskakiwać, wprawiany w ruch przez Pikaczu. Zdenerwowane zwierzę rozszarpało sprawdziany semestralne na strzępy, ku uciesze wszystkich. Następnie, niespodziewanie wydostało się i zaczęło biegać po szafuxach i parapeciakach, robiąc przy tym ogromną demolkę. W klasie zapanował chaos, bezskutecznie próbowano złapać przestraszonego intruza. Nagle, drzwi do klasy uchyliły się, bujna czupryna Czesioxa Średnika wychyliła się zza nich, rozejrzawszy się, z triumfalnym śmiechem, zawołał: „udało się” i uciekł z klasy. W pogoni za Czesioxem ruszył Psor Gramatus, a Pikaczu niepostrzeżenie wyskoczył przez otwarte okno. Dziwny korowód korytarzami szkolnymi rozpoczął Czesiox, za nim Psor, rozbawiona klasa i woźne, które z okrzykiem grozy i mopcikami w dłoniach dołączyły do peletonu.

Wpis klasy IIIa:
   Pościg trwał. Wśród woźnych  nie dało się jednak nie zauważyć braku najważniejszej spośród nich. Pani Genovefa, bo tak miała na imię, „główna woźna”, budząca respekt wśród uczniów i ciała pedagogicznego. Niezwykle  rzadko  opuszczała ona swe stanowisko dowodzenia na parterze, z nieodłącznym zapasem pestek słońcocznika, które namiętnie łuskała podczas monitoringu głównego wejścia do Gimnazjonu. Te sporych rozmiarów rośliny, których nasiona, jeżeli tylko dostały się do próżni kosmicznej, zaczynały zmieniać się w gwiazdy, stanowiły element rozpoznawczy stopnia znudzenia Pani Genovefy, siejącej postrach wśród młodzieży.
 Główna woźna sunęła po korytarzu niczym najcichszy z cieni, wyprzedzając w tej technice najlepiej wyszkolone koty Pikaczu. Nie znała litości, za wyrzucenie skórki banana na podłogę kazała kiedyś, przy całej szkole, Kondeuszowi Czkawce wypucować szczoteczką do zębów parkiet na korytarzu pierwszego piętra. Jej wzrok, zwykle ukryty za grubymi okularami zdawał się posiadać możliwość dezintegracji absolutnie wszystkiego.
Teorii na temat Pani Genovefy było wiele, każdy kolejny rocznik wnosił coś od siebie do legendy, która, niczym narośl, oplatała tajemniczą, cichą woźną. Kiedyś podobno handlowała witaminą C, za co trafiła do więzienia na trzy lata świetlne. Podczas odsiadki zmasakrowała tuzin funkcjonariuszy galaktopolicji, przy użyciu jedynie na wpół obranego ogórka, (żadna z ofiar nigdy się nie otrząsnęła, do końca życia tłumacząc, że w tamtym właśnie momencie zobaczyli czworokątne trójkąty i proste kije o trzech początkach oraz siedmiu końcach). Jeszcze inni do upadłego twierdzili, że podczas ostatniej wojny o galaktykę C-456-BH-3 straciła dziecko – syna – i to właśnie dlatego miała być tak okrutna dla uczniów Gimnazjonu. Jednym słowem, Pani Genovefa zdawała się być osobą perfekcyjnie przygotowaną do pracy z gimnazjalną młodzieżą. 
Kolorowy peleton minął schody prowadzące na trzynaste piętro (co ciekawsze, szkoła miała jedynie dziewięć!) i ruszył w kierunku absolutnie najgorszym – schodami na parter.
    No właśnie, parter. O ile cała szkoła wyglądała niesamowicie, wszystkie piętra były odrestaurowane, błyszczące, wręcz zachęcały do nauki, parter należał do tych miejsc, których najlepszym opisem mogłoby być zdanie: „Dekorator wnętrz? Tak, to ten na terapii wstrząsowej po masakrze w Gimnazjonie”.
Część osób postanowiła zostać na schodach, bojąc się zbliżać do „twierdzy Genovefy”, gdzie ściany od nadmiaru wilgoci i grzyba przybierały już krwistoczerwony kolor (A może to po prostu była krew? W końcu czasami zdarzało się, że jacyś uczniowie nagle ginęli, nikt nie wiedział gdzie się podziali). Czesiox jednak nie zawahał się ani chwili, dokładnie wiedział, czego chce. Psor, jak większość nauczycieli, zajęty tylko i wyłącznie wykładanym przedmiotem, zdawał się nie zauważać innych dziedzin życia, toteż nie zorientował się, co planuje niesforny uczeń. Zeskakując ze schodów, przyspieszył.
Czesiox natomiast, umówiwszy się wcześniej z Andrusem, popędził za jeden z filarów podtrzymujących strop. Tu właśnie jego najlepszy kolega zostawił mu pelerynę-lubię-placki-niewidkę, działającą jedynie wtedy, gdy ktoś całym swym sercem kochał placki z dżemorem agrestowym. A tak się akurat składało, że Średnik należał do takich osób.
Pan Cyfrowiec wpadł za filar, nikogo jednak nie ujrzał. No, może nie w pierwszej chwili. Bo mniej więcej pięć sekund po tajemniczym zniknięciu nastolatka, pojawiła się tam Pani Genovefa.
Psor przełknął ślinę. Obejrzał się. Stało za nim troje, może czworo uczniów, ale i oni wyglądali tak, jakby właśnie przypomnieli sobie, że zostawili włączone żelazko i niezwłocznie się ulotnili.
- Także tego… - powiedział cicho Psor Cyfrowiec, ze swym charakterystycznym marsjańskim akcentem. – Jak mija Pani dzisiejszy dzień?


- Szkoda, że nie widziałeś jego miny! – wrzasnął Czesiox, pojawiając się nagle tuż obok zajętego samym sobą Andrusa. – Niezła akcja!
- No cóż, takich trzech, jak nas dwóch, to nie ma ani jednego. – roześmiał się chłopak, używając jednego ze swoich ulubionych powiedzionek. – Musimy to kiedyś powtórzyć…
Przerwał, bo dużymi krokami zbliżała się w ich stronę wiejska lepa Dżoana.
- Cześć, jestem Dżoana – powiedziała dziewczyna.
Andrus westchnął. Wiejskie lepy były swoistą "apokalipsą" – pojawiały się nagle, mówiły same farmazony i wyglądały jak wenusjańskie podróbki lalek Just.in.B. I choć ich poziom inteligencji porównywalny był z ilością płynnego złota w ziemskim powietrzu, miały one jedną, szczególnie denerwującą wadę – nie dało się tak po prostu przerwać z nimi rozmowy.
- Cześć, Dżoano… - powiedział do wiejskiej lepy Dżoany Andrus.
- Siemka. Jak żyjesz, uszy myjesz? – odpowiedziała radośnie.
„Ta rozmowa mi zajmie trochę czasu, szczególnie przy jej RAMie i taktowaniu procesora mózgu” – pomyślał Andrus.

Wpis Klasy Ia:


-Co
słychać w "bluszczach" Gimnazjonu, mów do mikrofonu. - zrymowała, jak miała w zwyczaju Dżoana.
- Nic szczególnego - odparł Andrus - W zeszłym tygodniu Psor Slalom utknął w windoksie i  nie było zajęć z teleportacji.

   Wtem nieoczekiwanie, z odległego końca korytarza wyłoniła się sroga twarz psora Gramatusa wyraźnie zmęczona pościgiem za uciekającym Czesioxem. Martwiąc się o przyszłość przyjaciela, Andrus niezwłocznie udał się na tajemnicze trzynaste piętro, aby udaremnić tam pogoń, zrezygnowanemu już Psorowi.

  Trzynaste piętro witało przybyszów suto umarszczoną kotarą wiszącą w wejściu. Pościg nagle zaczął się przerzedzać, a gdy Andrus stał na ostatnim stopniu schodów miedzy piętrami zorientował się, że nikogo za nim już nie ma. Czesiox zdyszany przed kotarą usiłował uchylić, najdelikatniej jak potrafił, brzeg ciężkiego materiału.

 Ku ogromnemu zdziwieniu za draperią ujrzeli ogromnego smoka. Ogarnęło ich przerażenie. Wielkość i wygląd smoka spowodował, że na chwile skamienieli.
   Nie znacie jeszcze smoka. Chłopcy zawsze mieli podejrzenia, że legendy, sprzed kilku lat, głoszące jego obecność w szkole były prawdziwe.
   Opowiadały one o pewnym, małym i bezradnym smoku, który został znaleziony przez młodzież w marsjańskim ogrodzie. Nauczyciele pozwoli zabrać go ze sobą i wychowywać w klasie przyrodniczej. Wszyscy zafascynowani obecnością smoka troszczyli się o niego. Jedynie pani Genovefa była przeciwna jego pobytowi w szkole, twierdząc, że nie jest to odpowiednie miejsce dla tak bezbronnego malucha.
    Pewnego wieczoru wszelkie ślady po uwielbianym przez gimnazjalistów zwierzęciu zniknęły. Nikt z uczniów, ani nauczycieli nie wiedział co się z nim stało. Chodziły pogłoski, że to właśnie pani Genovefa go uprowadziła. Po paru miesiącach sprawa ucichła i wszyscy o niej zapomnieli.

Andrus, jako pierwszy zbliżył się do giganta. Widać było, że smok czuje się w tym miejscu samotny i nieszczęśliwy.
-Musi Ci się tu strasznie nudzić. – rzekł Andrus, wyciągając rękę do sympatycznego skrzydlatego Smoczyska.
Gdy chłopiec próbował się do niego zbliżyć, zwierze ostrzegawczo nadęło policzki i machnęło skrzydłami. Czyniąc tym tak silne zawirowanie powietrza, że chłopcy tracąc równowagę przewrócili się na podłogę. Widać było, że fioletowy zwierz jest tak samo przerażony jak oni. Chłopcy podjęli ponowną próbę zbliżenia się. Nieoczekiwanie, energicznym szarpnięciem, kotara odsłoniła się, ukazując postać zaskoczonej pani Genovefy. Wszyscy zaczęli krzyczeć.
W tej samej chwili pojawił się Psor Gramatus. To, co malowało się na jego twarzy nie da się opisać.  Był zdziwiony odkryciem, którego dokonał. Uczucie to było tak silne, że przysłoniło ulgę, jaką poczuł Psor dopadając wreszcie niesfornego Czesioxas. Nie spodziewał się jednak, że spotka tu dawno zagubionego smoka.





Kolejność wpisów poszczególnych klas: IIc, Ib, IIIa, Ia, IIa, IIIb, IIb
Czekamy na wpis klasy IIa!